Niedoskonała i … szczęśliwa

Bycie mamą to cudowne, nieporównywalne z niczym uczucie. Zamierzam się nim cieszyć, nawet jeśli daleko mi do doskonałości!

Odkąd jestem mamą, mam wrażenie, że wiele osób chce podkopać moją wiarę w siebie i popsuć mi radość, jaką daje zajmowanie się małym człowiekiem. Ba! Czasem nawet sama ją sobie psuję, na przykład wtedy, gdy zamartwiam się bez potrzeby albo zastanawiam, czy na pewno jestem dobrze przygotowana do swojej nowej roli. Szybko jednak przypominam sobie zdania, które spisałam flamastrem na kartce po jakimś szczególnie trudnym dniu.

Oto one:

Nie muszę być doskonała.

Jak każda z nas marzyłam o tym, by być supermamą: zawsze uśmiechniętą i uważną, taką, która zawsze wie, co robić, nie bywa zmęczona, nigdy, przenigdy nie traci cierpliwości i nawet po nieprzespanej nocy (której to już?) wygląda jak księżna Middleton. Dziś już wiem, że to mrzonki: takie mamy po prostu nie istnieją.

Mam prawo do błędów.

Nie zadręczam się już całymi dniami tym, że to czy tamto zrobiłam źle albo czegoś nie wiedziałam. Jestem tylko człowiekiem i – jak każdemu – zdarza mi się błądzić. Staram się opiekować dzieckiem najlepiej, jak potrafię, ale jeśli coś pójdzie nie tak, nie nurzam się już w wyrzutach sumienia, bo wiem, że to w niczym mojemu dziecku nie pomoże. Staram się przeanalizować sytuację i wyciągnąć wnioski, by nie powtarzać tych samych błędów w nieskończoność.

Moje dziecko z nikim się nie ściga.

Znacie to uczucie, gdy słyszycie „A moja Zuzia potrafi już to”, „A mój Jaś potrafi tamto” i dociera do Was, że Wasza pociecha, choć jest w tym samym wieku co wspomniane maluchy, jeszcze nie może się tym pochwalić? Ja też je znam. A właściwie znałam, bo dotarło do mnie, że moje dziecko nie startuje w konkursie pod hasłem „Kto szybciej nauczy się chwytać/siadać/chodzić”. Jest jedyne w swoim rodzaju i ma prawo rozwijać się we własnym tempie, choć oczywiście zdaję sobie sprawę również z tego, że nie wolno lekceważyć dużych opóźnień.

Nie wszystkie „dobre rady” są dobre.

Na temat opieki nad dzieckiem, karmienia i wychowywania usłyszałam już tyle sprzecznych rad, że nauczyłam się podchodzić do nich z ogromną ostrożnością. Nie zakładam z góry, że wszystkie są bez sensu, ale też nie kieruję się nimi bez refleksji. Ufam własnej intuicji, wiedzy, którą dotąd zdobyłam, i zdrowemu rozsądkowi. Jeśli mam wątpliwości, pytam specjalistów, np. lekarza albo psychologa. Wiem już także, że każde dziecko jest inne, a więc to, co się sprawdza w przypadku jednego, nie musi pomagać innemu.

Moje dziecko nie musi mieć wszystkiego.

Jak każda mama chcę, by moje dziecko miało to, co mu jest potrzebne albo po prostu umili mu dzieciństwo. Nie wierzę jednak, że do szczęścia potrzebne jest mu wszystko, co ktoś chce mi sprzedać. To, co dla jego rozwoju jest najważniejsze, już ma: mnie i moją miłość.